Aktualności

Środki unijne zagrożone

2016.02.01 15:25 , aktualizacja: 2016.02.02 08:29
Autor: Jacek Nizinkiewicz, „Rzeczpospolita”, Wprowadzenie: Iwona Dybowska
powiększ zdjecie marszałka Adama Struzika fot. arch. UMWM

Podział administracyjny przed 2020 r. grozi utratą pieniędzy przez cały region – uważa marszałek Adam Struzik.

 

Jacek Nizinkiewicz, „Rzeczpospolita”: PiS myśli o wydzieleniu Warszawy z Mazowsza. Czy dobrym pomysłem byłoby przeniesienie stolicy Mazowsza do Płocka lub Radomia?

Adam Struzik: Absurdem jest przenoszenie stolicy Mazowsza z Warszawy do jakiegokolwiek innego miasta – czy to do Płocka, czy Radomia.

 

Region pozawarszawski mógłby zyskać na wyodrębnieniu województwa warszawskiego z Mazowsza.

Wyodrębnienie Warszawy z województwa mazowieckiego ma służyć tylko przejęciu władzy w regionie przez PiS.

 

A pan jest od 2001 roku marszałkiem województwa mazowieckiego, który władzy oddać nie chce.

Nie ja jestem problemem. Problemem jest brak potencjału nowego województwa.

 

Jeżeli wyjmiemy bogatą Warszawę z Mazowsza, to przestanie ona zawyżać średnią dochodową, a pozostała część Mazowsza może zyskać środki z Unii Europejskiej.

To nieprawda. Pieniądze do roku 2020 są już podzielone. Podział administracyjny przed rokiem 2020 grozi utratą środków unijnych dla całego Mazowsza.

 

Dlaczego?

Nie ma żadnych mechanizmów w Unii, które by umożliwiały renegocjacje regionalnych programów operacyjnych. To zostało już wynegocjowane bezpośrednio przez władze województwa z Komisją Europejską. I to jest zawarte w umowie partnerstwa między rządem polskim a Komisją Europejską. Eksperymentowanie w regionach z przyznanymi już środkami może powodować, że Unia podda rewizji całe wsparcie dla Polski.

 

To straszne.

Czyli Komisja Europejska miałaby się teraz przejmować kolejnymi problemami Polaków, takimi jak podział województwa? PiS może nieopatrznie otworzyć kolejny front walki z Unią, a to skończyłoby się źle dla całego Mazowsza. Regionalny program operacyjny dla Mazowsza jest specyficzny. Jest wynegocjowany inaczej niż programy pozostałych 15 województw. Mamy inne preferencje, mamy większe pieniądze na sferę badawczo- rozwojową, innowacje i nowoczesne technologie. Inne województwa tego nie mają. Dzielenie tych środków i ponowne negocjowanie z KE jest błędem i jest ryzykowne.

 

Do 2020 roku ponowny podział środków regionalnych jest niemożliwy?

Chyba że nowa władza całkiem zatraci instynkt samozachowawczy i zaryzykuje utratą pieniędzy przez Polskę i Mazowsze.

 

Może warto zaryzykować, żeby nie tylko Warszawa zyskiwała, ale również biedne części Mazowsza.

Dochody do budżetu województwa z warszawskiego obszaru metropolitarnego umożliwiają rozwój całego regionu. W budżecie z 2,7 miliarda złotych aż 1,4 miliarda stanowią dochody z podatku od firm (CIT), ale 1,2 miliarda pochodzi właśnie z Warszawy i okolic. Jak widać, to nie jest problem tylko unijnych pieniędzy, ale własnego potencjału dochodowego. Środki z centrum przekazujemy na biedniejsze części województwa, inwestujemy w drogi, kolejowe przewozy regionalne, w szpitale wojewódzkie, instytucje kultury i edukacyjne, w inwestycje przeciwpowodziowe i wiele innych. Strategia rozwoju, którą realizujemy od 18 lat, jest zaprogramowana, podobnie jak pomoc unijna, dla całego województwa, a nie dla dwóch odrębnych bytów administracyjnych. Jednego bardzo biednego, a drugiego nadzwyczaj bogatego.

Warszawa, jako gmina, powiat i województwo, musiałaby płacić gigantyczne janosikowe. Pieniądze byłyby transferowane nie tylko do nowo utworzonego województwa mazowieckiego, ale również do pozostałych województw.

 

Czy decentralizacja jest szansą dla biedniejszych regionów?

Decentralizacją nie jest mnożenie administracji i tworzenie nowych urzędów. Prawdziwa decentralizacja jest wtedy, kiedy przekazuje się zadania oraz niezbędne do ich realizacji środki finansowe. Istotą samorządu jest wykonanie jak największej części zadań publicznych przez wspólnoty lokalne i regionalne według zasady pomocniczości.

 

Dlaczego mniejszemu województwu śląskiemu przyznano w Regionalnym Programie Operacyjnym 3,5 mld euro, czyli więcej niż znacznie większemu województwu mazowieckiemu?

Fundusze europejskie dla regionów na lata 2007-2013 były przyznawane w oparciu o wcześniejszy poziom dochodów PKB na głowę mieszkańca i wtedy byliśmy traktowani jako region słabiej rozwinięty. W latach 2008-2009 Mazowsze przekroczyło poziom 75 proc. średniej PKB dla unijnych regionów. Wtedy też była projektowana perspektywa 2014-2020 i zostaliśmy zakwalifikowani jako region przejściowy. Obecnie mamy mniej pieniędzy w regionalnym programie operacyjnym i to jest 2 mld 83 ml euro, ale dzięki tej kategorii, którą wywalczyliśmy w Brukseli, mamy dodatkowo do wykorzystania 1 mld 753 mln euro dla beneficjentów z Mazowsza w programach krajowych. To jest mechanizm łagodzący dla regionów przejściowych, zapobiegający nagłemu zmniejszeniu wsparcia unijnego. Problem z funduszami europejskimi dla Mazowsza może pojawić się w roku 2020.

 

Jaki problem?

Po roku 2020 województwo mazowieckie, ze względu na wysoki wskaźnik PKB, może otrzymywać minimalne wsparcie unijne. Dlatego zawnioskowaliśmy o statystyczny podział województwa, które dzisiaj jest w całości jednostką statystyczną NUTS 2 w nomenklaturze unijnej. Pomocowe środki unijne są kierowane na jednostki statystyczne NUTS 2 zależnie od ich stopnia rozwoju społeczno-gospodarczego i poziomu PKB, a nie na jednostki administracyjne. Dlatego postulowaliśmy, a poprzedni rząd to przyjął i skierował wniosek do Eurostatu, o utworzenie dwóch jednostek NUTS 2. Pierwsza to obszar metropolitalny, czyli Warszawa z otaczającymi powiatami, a druga to pozostała część województwa. Ta druga mogłaby nadal otrzymywać wsparcie unijne, ponieważ PKB na głowę mieszkańca nie przekroczy w 2020 roku progu 75 proc. średniej unijnych regionów. I to jest jedyne sensowne działanie niewymagające tworzenia dwóch odrębnych województw.

 

Jednak inne kraje zdecydowały się i wydzieliły swoje stolice: np. Bratysławę, Pragę czy Lizbonę?

Te stolice mają dużo wyższy poziom PKB na mieszkańca i zostały już w latach 2007–2013 pozbawione unijnej pomocy, a Warszawa ją nadal otrzymuje. Sama Praga nie absorbuje pieniędzy unijnych, a Bratysława jedynie śladowe ilości. Te decyzje można uznać za zbyt pochopne. To wydzielenie powinno następować w odpowiednim momencie.

 

Część polityków PiS podaje nawet datę wyborów na Mazowszu: 5 czerwca. Inni dementują tę informacje. Pana zdaniem dojdzie do nich?

Nie sądzę. Życzę społeczeństwu Mazowsza, aby PiS nie spełnił obietnicy rozbioru województwa, gdyż wszyscy na tym tylko stracimy. Chciałbym usłyszeć od polityków PiS, jak podzielimy zobowiązania? Jak spłacimy dług województwa, którego zdecydowana większość jest konsekwencją janosikowego. Jak sprawnie zarządzać niepodzielnym majątkiem Mazowsza, np. Kolejami Mazowieckimi? PiS stosuje hazard moralny. Mówią o hipotetycznych korzyściach, które nie są udowodnione, a nie myślą i nie mówią o potężnych stratach, które się pojawią. Demagogia, brak kompetencji i indolencja.

 

A co jeśli mieszkańcy Mazowsza życzyliby sobie podziału?

Jeśli po merytorycznej dyskusji i przeprowadzeniu analizy ekonomicznej doszłoby do referendum w sprawie podziału Mazowsza na dwa województwa i większość społeczeństwa opowiedziałaby się za tą propozycją, to dopuszczam taki scenariusz. Uważam jednak, że jest to nieprawdopodobne. Ludzie nie dadzą się kupić na kolejne puste obietnice PiS.

 

Ludzie uwierzyli w obietnice wyborcze PiS i oczekują ich realizacji. Dzisiaj na PiS głosować chce prawie 40 proc. Polaków, a na PSL 3 proc.

Tyle razy wieszczono koniec PSL, a my wciąż trwamy jako partia o najdłuższej tradycji i największej liczbie członków. Chwilowo jesteśmy słabsi, ale mamy swoją reprezentację w parlamencie, w Parlamencie Europejskim, a szczególnie w samorządach.

 

PiS podważał jednak wynik ostatnich wyborów samorządowych.

PiS te wybory do sejmików w 2014 roku wygrał, tylko nie miał zdolności koalicyjnej i nie mógł przejąć władzy w 15 województwach. Dlatego w kraju i w Parlamencie Europejskim krzyczeli o fałszerstwie wyborczym. Kiedy wygrali wybory prezydenckie i parlamentarne, to one były oczywiście prawidłowe. Prawda jest taka, że celem PiS jest wyeliminowanie PSL, ale po dwóch miesiącach rządów widać już w wielu środowiskach rozczarowanie. AWS też była w 1997 roku silna, a po czterech latach zniknęła ze sceny politycznej. SLD w 2001 roku miał ponad 41 proc. poparcia, a dzisiaj nie ma ich w parlamencie. Jeśli PiS nie zmieni sposobu rządzenia z destrukcyjnego na konstruktywny, to czeka go los AWS i SLD. Pycha i arogancja gubi nawet największych.

 

Polacy chcieli silnych rządów partii Jarosława Kaczyńskiego?

Po ośmiu latach rządów koalicji PO–PSL Polacy chcieli zmiany. PiS obiecał im „dobrą zmianę". Jaka ona rzeczywiście jest, widzimy wszyscy. Zmiana dotyczy głównie przejęcia stanowisk we wszystkich obszarach, zdemolowania Trybunału Konstytucyjnego, służby cywilnej, mediów publicznych, a teraz próbują przejąć samorządy wojewódzkie. To taka PiS-owska „sanacja", ale to nie te czasy i nie porównujmy prezesa Kaczyńskiego do naczelnika Piłsudskiego, a kota do Kasztanki. Zadowolenie z PiS i prezydenta Dudy będzie wkrótce widoczne tylko w mediach rządowych.

 

Wydaje się, że daleko do takiego scenariusza. Wyobraża pan sobie wspólnego kandydata na prezydenta opozycji – PO, PSL i Nowoczesnej?

Opozycja powinna prowadzić dialog i szukać płaszczyzn porozumienia między sobą. PO, Nowoczesna i PSL w tym momencie skupiają się na obronie podstawowych wartości demokratycznego państwa prawa. Istnieją pewne rozbieżności, bo Nowoczesna buduje się kosztem PO, ale myślę, że za chwilę ta sytuacja się ustabilizuje i współpraca w obozie opozycji będzie niezbędna.

 

Petru zapowiedział, że nie będzie chciał współpracy z PO.

Petru jest dzisiaj na fali wznoszącej i kreuje się na lidera opozycji. Rozumiem go, gdyż taki wizerunek umożliwia mu przejmowanie wyborców PO. Ale ten czas wkrótce się skończy. Jeśli Nowoczesna nie chce wspierać PiS, to musi współpracować z PO i PSL.

 

Chcecie obalenia rządów PiS?

Przeciwnie, niech PiS rządzi. Pozwólmy im się wykazać, ale nie pozwólmy na demontaż państwa. I nie kłóćmy się między sobą. Na Węgrzech Viktor Orbán miał właśnie dlatego tak duże poparcie, że opozycja była rozbita i skłócona. W Polsce ten scenariusz nie może się powtórzyć. Trzeba uczyć się na błędach innych.

 

A wracając do wspólnego opozycyjnego kandydata na prezydenta?

To jest odległa perspektywa, ale wyobrażam sobie wspólnego kandydata opozycji na prezydenta. Wspólny kandydat miałby szanse wygrać z prezydentem Dudą, gdyż uosabiałby szerokie spektrum sceny politycznej, a nie reprezentował tylko jedynie „słuszną" partię.

 

Rozmawiał Jacek Nizinkiewicz

Liczba wyświetleń: 714

powrót