Mazowsze serce Polski nr 10/18

Nie mam gosposi

2018.10.10 08:20 , aktualizacja: 2018.10.31 13:09

Autor: Rozmawiała Monika Gontarczyk, Wprowadzenie: Monika Gontarczyk

plan średni, czyli zdjęcie do pasa Bogusława Jaworska...

Dla osób aktywnych zawodowo, odnoszących sukcesy emerytura to często zło konieczne. Tymczasem Bogusława Jaworska już w dniu objęcia – po raz trzeci – fotela burmistrza Zwolenia zapowiedziała, że to jej ostatnia kadencja.

 

Bogusława Jaworska

Funkcję burmistrza Zwolenia pełni od 12 lat. W samorządzie pracuje od ponad 20 lat. Jest inicjatorką i współzałożycielką Zwoleńskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Miłośniczka kultury, kwiatów i kotów.

 

 

Monika Gontarczyk: Z samorządem związała Pani całe swoje życie zawodowe. Co było największym wyzwaniem?

Bogusława Jaworska: Chyba decyzja o budowie ratusza. Moi poprzednicy przymierzali się do niej, ale po dyskusji z mieszkańcami wycofywali się z tego pomysłu. Do mnie też docierały sygnały typu: „Słuchaj, ty sobie odpuść, bo jak zbudujesz ratusz, to ludzie już cię nie wybiorą”, albo „To projekt dla urzędasów, a nie mieszkańców”.

 

M.G.: Pani jednak to nie zniechęciło.

B.J.: Miałam twarde stanowisko w tej sprawie. Byłam tak zdeterminowana, aby zacząć tę inwestycję, że nawet gdyby wiązało się to z utratą poparcia w kolejnych wyborach, nie zmieniłabym zdania. Budynek, w którym pracowaliśmy, przyjmowaliśmy interesantów, pozostawiał wiele do życzenia… Dach przeciekał, okna były nieszczelne. Finał okazał się szczęśliwy. Starą część musieliśmy w połowie rozebrać, a tę nowszą, z lat 70., zmodernizowaliśmy, dobudowując nowe skrzydło. Tym samym zwiększyliśmy dwukrotnie powierzchnię biurową. Teraz każdy, kto odwiedza magistrat, jest pod wrażeniem i nie krytykuje przebudowy.

 

M.G.: Była Pani pierwszą kobietą burmistrzem w Zwoleniu.

B.J.: Tak. I chyba jedną z pierwszych w kraju. Teraz ta dysproporcja powoli się zmniejsza. Kobiecie jednak jest zawsze ciężej.

 

M.G.: Dlaczego?

B.J.: Chodzi o walkę ze stereotypami. Mężczyźni, gdy wychodzą do pracy, zawsze mają koszulę wyprasowaną, śniadanie na stole i spakowane kanapki. Kobieta natomiast musi te wszystkie obowiązki zrobić sama – no, chyba że ma męża, który je zrobi, albo gosposię – ja nie mam (śmiech). Kobieta musi jeszcze udowodnić mężczyznom i społeczeństwu, że nie jest gorszym włodarzem.

 

M.G.: Jak sobie Pani poradziła?

B.J.: Bardzo mi zależało, żeby mieszkańcy zobaczyli zmiany. Pokazałam, że trzeba sięgać po pieniądze ze źródeł zewnętrznych. Moi poprzednicy też mieli taką możliwość, ale traktowali Unię Europejską jako coś złego, trudno dostępnego.

 

M.G.: Od czego Pani zaczęła?

B.J.: W I kadencji postawiłam na wodociągi. Mieliśmy tylko 15 proc. sieci na wsiach. Na początku II kadencji wodociąg był już w każdej wsi, zainwestowaliśmy więc w rekreację, m.in. poprzez odbudowę zalewu. Trzecia to drogi i wspomniany ratusz. Zyskały też szkoły, bo inwestowaliśmy w sprzęt i wyposażenie. Powstały świetlice wiejskie, place zabaw. W ostatnich dniach otworzyliśmy zmodernizowane zabytkowe kino „Świt”. Koszt to 6 mln zł, ale 95 proc. pokryły środki z zewnątrz. To nasz pierwszy tak wysoko zrefundowany projekt.

 

M.G.: Ogrom pracy i wysokie tempo.

B.J.: To zasługa pracowników i radnych. Gdy tylko objęłam funkcję burmistrza, poprosiłam nasze gremium, abyśmy swoje przynależności partyjne zostawili za drzwiami sali narad. Mamy dyskutować merytorycznie. Proszę sobie wyobrazić, że to trwa do dziś. Wszystkie głosowania przyjmowane są jednogłośnie. Dyskusje i spory toczą się w komisjach, a nie na sesji. W mojej ocenie tak wygląda współpraca ponad podziałami.

 

M.G.: Dlaczego rezygnuje Pani z ubiegania się o reelekcję?

B.J.: Po wygranych wyborach 4 lata temu poinformowałam, że to moja ostatnia kadencja, i nie zmieniłam zdania. Odchodzę na emeryturę. Jestem już trochę zmęczona, bo – niestety – pełnienie funkcji odbywało się kosztem rodziny. Mam 98-letnią mamę, która żartuje, że nie ma córki, bo nawet w weekendy wychodzę z domu. Żeby jednak nie stracić kontaktu z samorządem, startuję do sejmiku województwa mazowieckiego.

 

M.G.: Emerytura to mnóstwo wolnego czasu. Jakie ma Pani plany?

B.J.: Chcę się zająć rodziną. Mam dwie córki artystki, którym chcę pomóc, poświęcić więcej czasu – wynagrodzić za poprzednie lata. Mam dwoje wnucząt, więc nimi też chcę się zająć. Planuję także działania w obszarze kultury – może założenie stowarzyszenia, które będzie wspierało nasze placówki i lokalne przedsięwzięcia?

 

M.G.: Czy „wychowała” Pani swojego następcę? Kogoś, komu chce Pani przekazać pałeczkę?

B.J.: To obecny wicestarosta zwoleński. Współpracujemy od lat. Chciałabym, aby to on przejął stery, żeby mu się udało. Patrząc na jego pracę w powiecie, myślę, że będzie dobrym i skutecznym burmistrzem.

 

M.G.: Jakieś rady dla następcy?

B.J.: Infrastruktura już jest, więc teraz będzie czas na inwestowanie w społeczeństwo, bo ono ma potencjał. Inwestowanie w ludzi, rozbudowa przedszkola. Mamy trzy, z czego dwa prywatne, czas więc pomyśleć o kolejnym bezpłatnym.

 

M.G.: Ostatnio niektórzy ministrowie mówią, że samorządy źle wydają środki unijne. Liczby temu przeczą. Czemu – Pani zdaniem – mają służyć takie zarzuty?

B.J.: Do każdej gminy w Polsce, nie tylko na Mazowszu, trafiły pieniądze z Unii Europejskiej czy z urzędów marszałkowskich. Zmiany, jakie dzięki nim zaszły, widać na każdym kroku. Nie ma osoby, która nie korzysta ze zrealizowanych przedsięwzięć. Ktoś, kto nie pracował w samorządzie i usłyszy taką ocenę, być może w nią uwierzy. Natomiast ci, którzy mieli kiedykolwiek styczność z funduszami unijnymi – wiedzą, na czym polega proces absorpcji i rozliczania – zdają sobie sprawę, że to nieprawda. Rozpowszechnianie informacji, że samorządy źle inwestują, źle wydają środki unijne, to pomawianie włodarzy. Absolutnie nie zgadzam się z tymi zarzutami. Powiem więcej, w mojej ocenie chodzi o to, by zdyskredytować obecnych zarządzających i zniechęcić ich do kandydowania. To nagonka.

 

Liczba wyświetleń: 39

powrót