Mazowsze serce Polski nr 10/20

Trzeba brać sprawy w swoje ręce

2020.10.12 08:10 , aktualizacja: 2020.10.15 14:23
Autor: Rozmawiała Monika Gontarczyk, Wprowadzenie: Monika Gontarczyk
kobieta w sukience, marynarce i  szpilkach stoi i uśmiecha się Janina Ewa Orzełowska (fot....

Kobiety w samorządzie to podstawa. Dlaczego? Bo dostrzegają to, czego nie widzą w codziennym życiu mężczyźni – twierdzi Janina Ewa Orzełowska, od dekady w zarządzie Mazowsza.

 

Monika Gontarczyk: Kobiety na stanowiskach to dziś naturalny stan rzeczy…

Janina Ewa Orzełowska: Nie zawsze tak było. Dekadę temu w polityce było nas bardzo mało i było zdecydowanie trudniej. Część mężczyzn uważała, że tylko oni nadają się, by piastować stanowiska starosty czy wójta. Realizacja zasady równości szans kobiet i mężczyzn była żmudnym procesem, a i tak nawet dziś bywa podważana. Cieszy mnie, gdy patrząc na zarządy województw, powiatów i gmin oraz radnych, mam wrażenie, że obecnie jest nas prawie pół na pół. To dobrze, bo kobiety mają inne spojrzenie na życie, bardziej prospołeczne. Dostrzegamy więcej spraw związanych z codziennym życiem. Mężczyźni zaś patrzą szeroko, perspektywicznie, ale też nie zauważają niektórych szczegółów, które bywają kluczowe.

 

M.G.: W Pani przypadku awans na funkcję członka zarządu też był wieloletnim procesem.

J.E.O.: Faktycznie. Jestem pracownikiem urzędu marszałkowskiego od 2001 r. Pierwsze kroki stawiałam w tej instytucji jako młodszy referent. Z czasem były kolejne szczeble – stanowisko dyrektora i funkcja członka zarządu.

 

M.G.: Czy widzi Pani, żeby wraz ze zmianą sposobu myślenia zaszła zmiana w działaniach mazowieckich kobiet?

J.E.O.: Jak najbardziej. W ostatnich tygodniach rozstrzygnęliśmy konkurs na liderkę wiejską. Panie, które startowały, są aktywne, kreatywne, energiczne i – powiedziałabym – energetyzujące. Jeśli im naprawdę na czymś zależy, to walczą do końca. Coraz częściej zrzeszają się w kołach gospodyń wiejskich czy lokalnych grupach działania. Efekt wspólnej pracy dopinguje je do dawania z siebie jeszcze więcej.

 

M.G.: Pani – po 10 latach w zarządzie – też nie brakuje determinacji?

J.E.O.: Bez naszej determinacji Mazowsze nie byłoby dziś tak silnym regionem. Gdy wspominam początki swojej pracy na tym stanowisku, do głowy przychodzą mi głównie problemy, które trzeba było rozwiązać. Kryzys gospodarczy, niesprawiedliwie naliczane zbyt wysokie janosikowe, które dusiło rozwój… Musieliśmy się nieźle nagłówkować, szukając pieniędzy na inwestycje i wybierając projekty do realizacji. Gdyby nie nasz upór, a w efekcie także wygrana w Trybunale Konstytucyjnym, nie byłoby łatwo. Dlatego nie można osiadać na laurach. Trzeba wciąż szukać nowych rozwiązań. W ubiegłym roku na inwestycje wydaliśmy na przykład aż 1 mld zł, a w tym roku postawiliśmy dodatkowo na różnego rodzaju programy wsparcia.

 

M.G.: Jest jakiś projekt, na którym szczególnie Pani zależało i udało się go zrealizować?

J.E.O.: Jest ich wiele. Z pewnością należy do nich rozbudowana infrastruktura drogowa i sportowa, kultura... Jeśli muszę podać jeden, to wybiorę Siedleckie Centrum Onkologii. Jest ono jedną z najważniejszych inwestycji ostatnich lat na wschodnim Mazowszu. Wiedzieliśmy, że w tej części regionu brakuje specjalistycznej placówki. Jej budowa umożliwiła pacjentom poddawanie się chemioterapii i innym zabiegom na miejscu, bez konieczności dojazdu. To ważne nie tylko dla samych pacjentów, ale także ich rodzin. Takie miejsca są ważne zwłaszcza dziś, kiedy większość sił i środków skupia się jednak na walce z pandemią koronawirusa.

 

M.G.: No właśnie, lawinowo rośnie liczba zakażeń. Powinniśmy zacząć się bać?

J.E.O.: Na pewno nie powinniśmy panikować, a trochę szerzej otworzyć oczy. Prawda jest taka, że COVID-19 jest i będzie. Musimy zadbać sami o siebie, czyli unikać miejsc, gdzie jest dużo zarażeń, stosować się do obostrzeń, zachowywać dystans, myć ręce i nosić maseczki…

 

M.G.: A Mazowsze jest gotowe na taki przyrost chorych?

J.E.O.: Realizując unijny projekt, zakupiliśmy respiratory nie tylko do naszych placówek, ale także szpitali powiatowych, klinicznych. Uznaliśmy, że w sytuacji kryzysowej nie jest ważne, kto zarządza szpitalem. Ważne, aby była w nich możliwość leczenia pacjentów. Jeśli chodzi o liczbę zajętych łóżek, trzeba wziąć pod uwagę, że jest to związane z ogniskami. Nie w każdej części regionu obłożenie jest takie samo. Na razie nie grozi nam brak dostępu do aparatury.

 

M.G.: Gorącym tematem jest też sytuacja w rolnictwie. Rolnicy wyszli na ulice, bo nie zgadzają się na tzw. piątkę Kaczyńskiego. Słusznie?

J.E.O.: To jest zła ustawa, bo uderza w polskich rolników. Oni są dziś w bardzo trudnej sytuacji. Odczuwają skutki COVID-19, zmiany klimatu, które sprawiają, że decyzja przy wyborze upraw gwarantujących utrzymanie gospodarstwa jest niezwykle trudne. Jeśli do tego dorzuca się im zakazy, które kompletnie wiążą im ręce, to mamy taki właśnie efekt. Protest jest bardzo ważny. Moim zdaniem brakuje nam trochę społecznej odwagi, żeby nie godzić się na decyzje, które są krzywdzące, niesprawiedliwe czy podejmowane pod dyktando polityczne. Jeśli pojawiają się złe pomysły, tak jak w przypadku naszego regionu absurdalny pomysł podziału Mazowsza, trzeba o tym mówić głośno, manifestować. Może to jest sposób, aby przekonać rządzących do szacunku dla obywateli albo wręcz zmusić chociażby do refleksji, czy naprawdę działają w interesie polskiej gospodarki.

 

M.G.: Temat podziału Mazowsza, o którym Pani wspomniała, wciąż wraca, choć nadal nie znamy konkretów.

J.E.O.: Doskonale wiemy, że decyzje podejmowane przez obecny rząd są nieprzewidywalne. Zdarzało się, że w ciągu jednego wieczoru lub nocy przegłosowywano ustawy. Dlatego musimy być przygotowani na wszystko. Uważam jednak, że podział najbardziej dynamicznie rozwijającego się województwa tylko po to, aby zmienić układ sił w sejmiku, jest nieporozumieniem.

 

M.G.: Dla zwykłego człowieka, jeśli tylko układ sił jest stawką, – nie zgłębia tematu. Niech się siłują… To właściwa postawa?

J.E.O.: Takimi założeniami, powiedziałabym nawet ignorancją, jako mieszkańcy Mazowsza robimy sobie olbrzymią krzywdę. Załóżmy, że podział nastąpi. Wówczas nowe województwo mazowieckie będzie najbiedniejsze w kraju! Będzie utrzymywało się z janosikowego otrzymywanego z innych województw albo tylko z dotacji celowych. Z pewnością nie będzie mogło generować dodatkowych środków dla poszczególnych samorządów lokalnych. A gminy i powiaty i tak są już w trudnej sytuacji, bo koronawirus swoje zrobił. Podział będzie oznaczał pozbawienie ich dotychczasowych dotacji z budżetu województwa na inwestycje. Warszawa też straci na podziale, bo – mając wyższe dochody – będzie obciążona jeszcze wyższym janosikowym. Dziś jest to 1,2 mld zł. Po podziale ta kwota będzie podwojona.

 

M.G.: Przyzna Pani, że dla przeciętnego Mazowszanina to są abstrakcyjne kwoty.

J.E.O.: Ale gdy każdemu obywatelowi zaczną przeszkadzać dziury w drodze, zaniedbane skwery, niszczejące zabytki, nieocieplone szkoły, słabo wyposażone świetlice… Albo się okaże, że miała być doprowadzona kanalizacja, ale zabrakło środków czy samochód OSP nie dotarł na miejsce, bo ze starości nie odpalił, a na nowy gminy nie stać… Wówczas taki Mazowszanin pomyśli, że warto było zawalczyć o spójne województwo, a wtedy może już być za późno. Bo sprawy trzeba brać w swoje ręce tu i teraz. I nie udawać, że mnie to nie dotyczy.

 

Liczba wyświetleń: 139

powrót