Mazowsze serce Polski nr 12/20

Doba z medykiem

2020.12.07 12:00 , aktualizacja: 2020.12.22 08:03

Autor: Agnieszka Stabińska, Wprowadzenie: Dorota Mądral

  • Mural przedstawiający lekarzy i pielęgniarki w maseczkach ochronnych. Podziękować medykom za ich...
  • Personel medyczny w kombinezonach ochronnych podczas opieki nad hospitalizowanym pacjentem. Samorząd Mazowsza przekazał...
  • Trzech mężczyzn w strojach ochronnych z aparaturą medyczną W Centrum Terapii...
  • Lekarz w kitlu, zdjęcie profilowe. prof. Janusz Trzebicki...
  • Grupa osób w maseczkach ochronnych stoi przy karetce pogotowia, przed nimi stoją butelki z wodą mineralną, sokiem i mlekiem. Mazowieccy radni włączyli...

– Normalności nam brakuje od dawna. Czasami budzę się w nocy i pytam o saturację pacjenta – opowiada dr Mariusz Mioduski[1]. –  Liczba osób, których walka z koronawirusem kończy się śmiercią jest niestety duża. Mówienie o tym, że Covid-19 to zwykła grypa jest nieporozumieniem – tłumaczy medyk.

 

Bezsenne noce w obawie o życie pacjentów, ale też braki w personelu wymuszają na lekarzach i pielęgniarkach ciągłą gotowość i bycie na dyżurze na okrągło.

 

– Na 144 godziny (od poniedziałku do niedzieli), w pracy spędziłem 82. To ponad 57 proc. tego czasu, w pozostałych musiałem zmieścić rozmowy, czas z rodziną, zakupy, jedzenie, toaletę etc. A byłbym zapomniał, sen musiałem tam zmieścić. Lekarzom też chce się spać – relacjonuje na swoim profilu w mediach społecznościowych lekarz ozdrowieniec Bartosz Fijałek[2].

To nie jedyne wyzwania kadry medycznej walczącej z realiami pandemii za szpitalnymi drzwiami.

– Praca w pełnym zabezpieczeniu w środki ochrony osobistej jest katorżnicza dla każdego członka zespołu, a opieka nad naszymi pacjentami musi być na najwyższym poziomie – zaznacza dr hab. n. med. Janusz Trzebicki. – Każdy zabieg musi być uprzednio przemyślany i zorganizowany tak, aby cały sprzęt czy leki były odpowiednio przygotowane i każdy członek zespołu wiedział, jakie zadanie musi wykonać w danej chwili.

Niby oczywistość. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że bezpośredni kontakt z pacjentem – w tym również słowny – jest utrudniony (kombinezony, respiratory) i ograniczony (bezpieczeństwo), nikt nie może pozwolić sobie na improwizację. I choć sam przebieg choroby jest dynamiczny, wirus mutuje, a każdy pacjent to odrębny przypadek, działania medyków wymagają olbrzymiej precyzji i przemyślanych ruchów.

 

Śniadanie na kolację

 

Czas i siły lekarz musi rozplanować na 24 h, tyle ile trwa dyżur. Trudno dziś mówić o standardowych grafikach pracy.

– Rutyna dnia codziennego znacznie różni się od tej sprzed pandemii. Jednej rzeczy nie zmieniłem – dzień zaczynam od kawy. To jest krótka chwila, by zebrać myśli i zaplanować pracę, by później nie tracić czasu – zaznacza dr Dominik Drobiński[3].

Jak mówi, podczas pracy z chorymi na COVID-19 nie można sobie pozwolić na nieprzemyślane czynności. Opieka pielęgnacyjno-interwencyjna nad tymi pacjentami niesie największe ryzyko transmisji wirusa.

– Nieprzewidziane intubacje, rozłączenie układu oddechowego, odsysanie nadmiaru wydzieliny z dróg oddechowych. Zwracamy na to szczególną uwagę. Musimy wszystko dokładnie zaplanować
– podkreśla anestezjolog.

 

Na adrenalinie 

 

Wielozadaniowość, ciągła gotowość i długa lista zadań do wykonania – to codzienność dr. Mariusza Mioduskiego.

– W szpitalu pełnię kilka funkcji. Oprócz zarządzania sprawami medycznymi jestem też specjalistą anestezjologii i intensywnej terapii i pracuję również na Oddziale IntensywnejTerapii (obecnie to OIT dla pacjentów covidowych). Przebywają tu osoby z ciężką niewydolnością wielonarządową w przebiegu zakażenia koronawirusem. W tej chwili mamy 11 zaintubowanych pacjentów, ale czasami pod opieką anestezjologów jest ich o wiele więcej.

Dr Mioduski pracę zaczyna bardzo wcześnie, od spraw administracyjnych: odpisywania na maile, organizowania zapotrzebowania zarówno na środki ochrony dla personelu medycznego, jak i leczenia pacjentów covidowych, którzy wymagają specjalistycznej pomocy medycznej. Sytuacja jest dynamiczna. Często decyzje podjęte dzisiaj, jutro muszą być zmodyfikowane i dostosowane do aktualnych potrzeb, np. do zmian w liczbie personelu medycznego czy pielęgniarskiego. Śniadanie jada o 17.00, w nocy załatwia sprawy, na które nie było czasu w ciągu dnia. Każdej doby jest tam, gdzie akurat jest potrzebny.

 

Rutyną staje się brak

 

Brak czasu, snu, możliwości rozmowy z chorym, procedur, sprzętu, łóżek dla pacjentów…

– Szukanie miejsca w innych placówkach dla pacjentów, których nie jesteśmy w stanie przyjąć, to pandemiczna codzienność – zaznacza dr Mioduski.

Jak dodaje, do siedleckiego szpitala, na SOR trafiają chorzy z ciężką dusznością, z niewydolnością oddechową w przypadku zakażenia koronawirusem, ale też pacjenci onkologiczni, z udarami, zawałami, po wypadkach komunikacyjnych, kobiety rodzące.

– Ci pacjenci nie są mniej ważni. Im też musimy zapewnić opiekę medyczną – podkreśla siedlecki medyk, także specjalista medycyny ratunkowej.

Przekonuje, jak istotna jest też współpraca z innymi jednostkami, które uczestniczą w zwalczaniu pandemii.

– Moja dewiza jest taka, że lepiej współpracować niż się spierać. Najważniejsze, żeby zapewnić funkcjonowanie szpitala i zadbać o naszych pacjentów – zaznacza dr Mariusz Mioduski. – W trudnym dla nas czasie budujące jest to, że są życzliwi ludzie, którzy wspierają nas, wsłuchują się w nasze potrzeby. Cieszę się, że na współpracę postawił też samorząd województwa, dzięki któremu czujemy wsparcie w walce z pandemią, a przede wszystkim trafia do nas sprzęt i środki ochrony, które są nam faktycznie potrzebne.

 

Samotny pacjent

 

Założenie kombinezonu, kaloszy, gogli, maski na covidowy OIT zajmuje lekarzom zwykle 5–10 minut. Anestezjolodzy wchodzą do strefy skażonej zwykle we dwóch, to na wypadek nieprzewidzianych sytuacji. Drzwi zamykają się za nimi na co najmniej 4 godziny. Przez ten czas nie mogą w dowolnej chwili opuszczać tego miejsca. Nie ma też mowy o przegryzieniu kanapki, napiciu się wody czy skorzystaniu z toalety.

– Zauważalna i smutna refleksja – obecnie w szpitalu nie ma życia. Wszystko jest ciche, zamknięte, smutne. W strefie skażonej zniknęło z biurek praktycznie wszystko, pozostał tylko długopis, słuchawki i komputer, czyli absolutnie niezbędne minimum do pracy. To jest zupełnie nowe doświadczenie. Trudno nam było to na początku zaakceptować – relacjonuje dr Dominik Drobiński.

Wspomina, że w czasie sprzed pandemii lekarz mógł w dowolnym momencie wejść na salę pacjentów, porozmawiać z nim. To było bardzo płynne. Obecnie, wchodząc raz na określony ściśle czas do strefy skażonej, musi w trudnych warunkach, z ograniczoną ruchomością, za jednym razem wykonać wszystkie niezbędne, wcześniej zaplanowane czynności.

– Nie ma zbędnych rozmów. Nie mogę też pacjentowi poświęcić tak potrzebnego, wręcz czasami terapeutycznego czasu na zwykłą rozmowę, potrzymanie za rękę. Kontakt z chorym ograniczony jest do najpotrzebniejszego minimum. I to jest bardzo bolesne i trudne do zaakceptowania. Tu nawet dwie warstwy kombinezonu nie są w stanie przykryć emocji związanych z obawą o życie pacjenta – tłumaczy anestezjolog.

Samotność przeraża. Covidowego pacjenta nikt z zewnątrz nie może odwiedzić. On sam nie może wyjść do kaplicy, sklepiku…

– Pacjenci myślą tylko o chorobie i mają przytłaczające poczucie wyalienowania ze świata. To ogromnie trudne doświadczenie, a nie każdy jest tak silny, by sobie z takimi emocjami poradzić. Dlatego wymyśliliśmy, że chorzy mogą mieć przy sobie telefon. To rzecz do tej pory niespotykana na OIT –  mówi dr Dominik Drobiński.

W covidowej sytuacji, okazało się to zbawienne dla chorych.

– Dla mnie to jeden z większych przełomów. Dzięki temu, że pacjent może w dowolnym momencie skontaktować się ze swoją rodziną, przestał być aż tak bardzo samotny – tłumaczy medyk.

 

Bezradny lekarz

 

Rzeczywistość covidowa na OIT to wspólna walka o przetrwanie. Zetknięcie się z nią oko w oko jest bardzo trudne nie tylko dla pacjenta, ale też dla lekarza. Są często takie dyżury, że nawet przysiąść na chwilę nie mogą, muszą pracować na najwyższych obrotach. A i to czasami jest niewystarczające. Nie wszystkim pacjentom, pomimo pełnego zaangażowania, udaje się pomóc.

– Stan zapalny w płucach w wyniku COVID-19 prowadzi do ciężkiej niewydolności oddechowej, wymagającej zaawansowanych technik wspomagania oddechu czy wentylacji płuc respiratorem – tłumaczy prof. Trzebicki.

Ogromnie cieszy, jeśli udaje się uratować chorego, zapobiec zatrzymaniu krążenia, odłączyć od respiratora, by mógł samodzielnie oddychać, albo ustabilizować go na tyle, żeby nie wymagał wspomagania aparaturą. Jednak nie zawsze można przekazać rodzinie pacjenta dobre wiadomości.

– W drugiej fali pandemii umierają nie tylko starsi, ale też młodzi ludzie – tłumaczy dr Mioduski. – Proszę mi wierzyć, to są intensywne przeżycia, chociaż musimy te emocje zatrzymać w sobie, nie uzewnętrzniać ich – zaznacza.

Przestrzega także sceptyków, którzy uważają, że środki ostrożności – jak noszenie maseczek czy dystans społeczny – są przesadzone. 

– Na terenie Siedlec mamy takie przypadki, że pacjenci, którzy chorowali w pierwszej fazie pandemii, wrócili ponownie do nas podczas drugiej fali z zakażeniem koronawirusem – mówi dr Mariusz Mioduski. – Mogą też pojawić się ciężkie powikłania w przyszłości jak np. niewydolność układu krążenia, uszkodzenie mięśnia sercowego, ośrodkowego układu nerwowego. I tacy pacjenci będą do nas wracali. Dlatego nie lekceważmy zagrożenia – podsumowuje medyk.

 

Minimum bezpieczeństwa

 

Lekarze, zanim wejdą do chorych na covidowy OIT zakładają odzież ochronną. Jak się okazuje, każdy szpital, oddział ma swoje własne reguły ich stosowania.

– Nie wiemy, gdzie jest minimum naszego bezpieczeństwa, w którym możemy pracować. Jeśli nie ma reguł, to każdy tworzy swoje własne – opowiada dr Dominik Drobiński.

Podobnie, jak w przypadku ubioru do pracy z pacjentem zarażonym koronawirusem, nie ma też wypracowanych jednakowych standardów leczenia chorych na COVID-19.

– Według mnie nie ma możliwości w obecnej chwili na wypracowanie wspólnych standardów – mówi prof. Janusz Trzebicki. – Wymaga to czasu, doświadczenia i licznych badań, które pozwolą określić, jaka metoda postępowania jest najkorzystniejsza. Obecnie diagnozujemy i leczymy zgodnie z zaleceniami czy wytycznymi, które są opracowywane przez towarzystwa naukowe na podstawie dotychczasowych doświadczeń. To nie jest wiedza absolutna, w medycynie raczej takiej brak[4].

Wirus SARS-CoV-2  jest wciąż bardzo nieprzewidywalny. Lekarze mówią, jak bardzo szkodliwe jest twierdzenie, że pandemii nie ma.

– Nie chciałbym nakłaniać nikogo do rozmów z osobami, które straciły w tym czasie swoich bliskich z powodu zakażenia. Trafiają do nas ludzie coraz młodsi, nie tylko po pięćdziesiątce. Nie każdemu udało się pomóc, nie każdy wrócił do zdrowia i do najbliższych  – podsumowuje dr Dominik Drobiński.

 


dr hab. n. med. Janusz Trzebicki ordynator – kierownik I Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii UCK WUM

 

Najważniejsi są ludzie. Jest to szczególnie widoczne w obecnych czasach pandemii. Bez odpowiednich kadr nie może być mowy o skutecznej opiece nad chorymi. Mam na myśli nie tylko lekarzy i pielęgniarki, ale także fizjoterapeutów czy salowe. Żaden oddział nie może funkcjonować bez osób odpowiedzialnych za utrzymanie czystości. Doprowadzi to do katastrofalnych zakażeń wewnątrzszpitalnych. Mało się mówi o roli personelu administracyjnego, który odciąża lekarzy od pracy „papierkowej”, co pozwala poświęcić więcej czasu chorym. Bez wykwalifikowanej i zaangażowanej sekretarki oddział intensywnej terapii przestaje istnieć. Nasi chorzy dla skutecznego leczenia wymagają też w wielu przypadkach wiedzy i umiejętności z zakresu innych specjalności medycznych. Dzięki dobrej współpracy z koleżankami i kolegami
z różnych klinik możemy im to zapewnić.

 


Jak opowiada dr Dominik Drobiński, w okresie pandemii udało się spotkać zaangażowanych ludzi, dzięki którym powstało wiele cennych inicjatyw, jak np. Centrum Terapii Pozaustrojowych, działającego w Klinice Kardiochirurgii Szpitala CSK MSWiA, którego jest koordynatorem.   

W skrajnych przypadkach, gdy wentylacja płuc respiratorem nie przynosi poprawy, można wykorzystać specjalistyczny sprzęt do natleniania pozaustrojowego. Jest to aparat ECMO, dzięki któremu pacjent otrzymuje taką ilość tlenu, która pozwala mu na dalsze życie.

– Otrzymaliśmy 4 aparaty ECMO, dzięki ogromnemu wsparciu i współpracy z samorządem Mazowsza. Natychmiast zaczęliśmy ich używać przy ciężkiej niewydolności oddechowej pacjentów, którzy trafiali do nas z innych mazowieckich ośrodków, w tym m.in. szpitala bródnowskiego. Współpracujemy z Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym. Jesteśmy w stanie dolecieć helikopterem do każdego miejsca na Mazowszu i podjąć pacjenta, który będzie wymagał leczenia ECMO w związku z ciężką niewydolnością oddechową. Mieliśmy już takie przypadki z pacjentami z Siedlec, Płocka, Przasnysza i Radomia – mówi medyk.

 


Pandemiczna rzeczywistość jest trudna dla wszystkich, ale to ratownicy i wszyscy medycy są na pierwszej linii frontu z Covid-19, narażając swoje życie i zdrowie. W tych czasach liczą się konkrety, wzajemna pomoc i solidarność. Mazowieccy radni włączyli się w akcję #Pomagamy – przekazując podstawowe produkty spożywcze, dla poprawy komfortu pracy i służby ratowników medycznych.

 


Dzięki wsparciu samorządu Mazowsza do placówek trafiło już ponad 9,5 mln sztuk środków ochrony osobistej i ponad 40 tys. sztuk sprzętu i wyposażenia o wartości blisko 200 mln zł.

 

 

 

[1] Zastępca dyrektora ds. medycznych w Mazowieckim Szpitalu Wojewódzkim im. Jana Pawła II w Siedlcach.

[2] FB Lekarz Bartosz Fijałek, 29.11.2020.

[3] Kierownik Pododdziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii w Klinice Kardiochirurgii Samodzielnego Publicznego Centralnego Szpitala Klinicznego na Oddziale Intensywnej Terapii Kardiochirurgicznej, obecnie OIT-u dla pacjentów Covid+ w najcięższych stanach.

[4] W Polsce obowiązują zalecenia Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji – Polskie zalecenia diagnostyczno-terapeutyczne oraz organizacyjne w zakresie opieki nad osobami zakażonymi lub narażonymi na zakażenie SARS-CoV-2.

Liczba wyświetleń: 134

powrót