Mazowsze serce Polski nr 6/18

Nie wierzyli, że nam się uda

2018.06.12 09:20 , aktualizacja: 2018.06.13 09:34

Autor: WKZ, Wprowadzenie: Monika Gontarczyk

marszałek stoi w pomieszczeniu obok szklanej ściany w ręku trzyma okulary Wiesław Raboszuk

20 lat temu, dokładnie 5 czerwca 1998 r., Sejm uchwalił ustawę o nowym podziale administracyjnym kraju. Dwie dekady to sporo czasu. Jak poradziliśmy sobie w nowej rzeczywistości? Z czym mieliśmy największe problemy? O tym w rozmowie z wicemarszałkiem Wiesławem Raboszukiem, nadzorującym fundusze unijne i kulturę.

 

Panie Marszałku, 20 lat temu powstały województwa. Cofnijmy się w czasie. Co Pan wtedy robił?

To był koniec lat 90. Pracowałem w Urzędzie Miasta i Gminy w Łomiankach. Zajmowałem się gospodarką komunalną. To był bardzo ciekawy okres w moim życiu. Początek samorządu, początek mojej pracy… Myślę, że samorząd uczył się wiele podczas pierwszych lat swojej działalności. Teraz sobie uświadomiłem, że moja praca zawodowa i samorządność są prawie równolatkami (śmiech).

 

Trudny początek. Który z etapów kariery zawodowej był dla Pana największym wyzwaniem?

Łomianki były swego rodzaju chrztem bojowym, ze względu na liczbę zagadnień: utrzymanie dróg, oświetlenia ulicznego, zieleni, czystości miasta, nawet zarządzanie nowo powstałym cmentarzem komunalnym… Ale najtrudniejszym etapem była Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych (MJWPU), a szczególnie sam początek jej funkcjonowania – pierwszy rok, półtora. To była nieustanna walka o to, żeby dorównać innym regionom. Województwa w różny sposób radziły sobie z absorpcją środków z UE, ale Mazowsze było troszeczkę z tyłu. Nie dlatego, że źle nam szło. Samorząd podjął wówczas decyzję, żeby powołać instytucję zajmującą się wdrażaniem funduszy z UE. Certyfikacja i jej uruchomienie były czasochłonne i spowodowały, że powoli nabieraliśmy tempa, by ostatecznie rozliczyć agendę na czas.

 

W tej perspektywie też padają zarzuty, że samorządowcy źle rozdysponowują środki.

Jeśli pojawiają się głosy, że samorząd źle wydaje fundusze unijne, to jest to mijanie się z prawdą. Bruksela zawsze nas chwaliła i nadal chwali postępy, jakie samorządy robią przy zagospodarowywaniu udzielonego wsparcia. Kto wie, może rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji to przygotowywanie gruntu do odebrania samorządom kompetencji rozdzielania pieniędzy unijnych, by przekazać je wojewodom?

 

Na fundusze unijne zwraca Pan szczególną uwagę.

Ma Pani rację. Z mojej perspektywy bardzo ciekawym i satysfakcjonującym działaniem była inauguracja wydawania środków, w 2009 r., dla pierwszych beneficjentów w Regionalnym Programie Operacyjnym Województwa Mazowieckiego 2007–2013. To był prawdziwy wyścig! Mieliśmy pieniądze przekazane przez instytucje, przez ministerstwo i trzeba było je szybko podzielić.

Mało kto wierzył, że uda się nam je rozliczyć. Nawet instytucja zarządzająca, niektóre osoby z departamentu nadzorującego MJWPU, namawiały nas, abyśmy zrezygnowali z nich odpowiednio wcześnie. Jednak mój osobisty upór i wsparcie kolegów dyrektorów spowodowały, że się nie wycofaliśmy. To była ambitna, ale dobra decyzja. Udało się zrealizować zamierzenia, co dało nam ogromną satysfakcję.

 

Mazowsze jest piękne – dzięki walorom przyrodniczym, ale także zabytkom, tradycji, zwyczajom, które pielęgnujemy i promujemy. Przez ostatnie 20 lat jeszcze bardziej wypiękniało i otworzyło się na turystów.

 

Odejdźmy od funduszy. Bardzo często uczestniczy Pan w kurpiowskich wydarzeniach kulturalnych, nawet występuje w stroju ludowym. To jakiś szczególny sentyment do tej części Mazowsza?

Tak, bo to jest piękny rejon i wspaniali ludzie… Kurpie są specyficzną grupą kulturową. Są uparci, ale jednocześnie otwarci na ludzi, na gości, którzy chcą się z nimi zaprzyjaźnić i coś dla Kurpiowszczyzny zrobić. Są tam wspaniały folklor i kultura… Dlatego mnie tam ciągnie. W Niedzielę Palmową do Łysych zjeżdża nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. Odwiedzam także Wesele Kurpiowskie w Kadzidle. To niecodzienne wydarzenie. Tym wspanialsze, że śluby często są autentyczne, a nie inscenizowane. Kurpiowskie imprezy przyciągają wielu gości także z zagranicy, którzy przyjeżdżają tu regularnie.

 

Naprawdę?

Tak. Przykładem może być kardynał Gerhard Miller, były prefekt kongregacji nauki wiary. Rozmawiałem z nim w ubiegłym roku na Miodobraniu Kurpiowskim. Okazało się, że to była jego… szósta lub siódma wizyta. I faktycznie, za każdym razem gdy ja byłem, ksiądz kardynał też był obecny na tej imprezie.

 

A poza Kurpiowszczyzną, gdzie jeszcze warto spędzić weekend?

Nawiązała Pani do naszego promocyjnego hasła „Weekend dwa kroki stąd”, kierowanego do mieszkańców dużych mazowieckich miast, przede wszystkim Warszawy, ale też Radomia, Siedlec, Ciechanowa, Ostrołęki czy Płocka. Życie w mieście jest uciążliwe, potrzeba oddechu. Jest wiele miejsc na Mazowszu wartych zobaczenia: Wyszogród, Sierpc, Płock, Muzeum Wsi Mazowieckiej, ale też Mława, Opinogóra z Muzeum Romantyzmu, Ciechanów z przepięknym zamkiem. Warte odwiedzenia są Ostrołęka z Narwią, Ostrów Mazowiecka, Wyszków z Bugiem, który – meandrując w okolicy Brańszczyka i Kamieńczyka – jest niezwykłym zjawiskiem i śmiało może konkurować z Niemnem. Na wschodzie mamy Siedlce, Łosice i znów wspaniały Bug, pola i łąki, okolice Sokołowa Podlaskiego. Południe to Garwolin, Grójec z przepięknymi sadami, Kozienice, a w okolicy Radomia oczywiście Czarnolas, Muzeum Wsi Radomskiej, Muzeum Malczewskiego. Wymieniłem tak wiele, że chyba zabraknie weekendów, żeby zobaczyć to wszystko w ciągu jednego roku (śmiech). Mazowsze jest piękne – dzięki walorom przyrodniczym, ale także zabytkom, tradycji, zwyczajom, które pielęgnujemy i promujemy. Przez ostatnie 20 lat jeszcze bardziej wypiękniało i otworzyło się na turystów. Dzięki funduszom unijnym i środkom z budżetu Mazowsza nie odbiega już od innych europejskich regionów. Powiem więcej – może śmiało konkurować na arenie międzynarodowej.

 

Liczba wyświetleń: 42

powrót